Piszę artykuł o ułatwieniach dla młodych matek w pracy. Święta, ale czasu mało, więc siedzę i przeglądam strony w poszukiwaniu tego co jest i tego co jest dopiero planowane. Szukam też tzw. dobrych praktyk wprowadzanych zagranicą.
Nie ma tego wiele, ale powoli coś się pojawia. Niemniej - nie o tym chciałam napisać. Na jednej ze stron trafiłam na wywiady z kilkoma kobietami z jednego z browarów polskich. To pracodawca, który był już doceniany za to, że ułatwia życie młodym matkom. Zaskoczyło mnie co innego - pierwszy wywiad to rozmowa z tzw. menedżerem kluczowym - jednym z dyrektorów finansowych (kobietą). Na pytanie ile kobiet pracuje w spółce odpowiada, że jest ich ok. 50% (choć wśród kluczowych menedżerów jest ich tylko 5% - znacząca liczba…). Bardzo poprawnie i wręcz idealnie.
Jakąż jednak inną odpowiedź przynosi wypowiedź innej pracownicy, tzw. HRówki. Okazuje się, że w firmie pracuje zaledwie 1/3 kobiet… Rozumiem, że HR jest bliżej pracowników, ale nie zmienia to faktu, że “góra” powinna wiedzieć choć tyle o pracownikach, jaka jest ich ilość (przybliżona) w zależności od płci, czy wieku. Jak można podejmować najważniejsze decyzje dla firmy nie mając takiej świadomości? Może pewne rozwiązania są zupełnie zbędne, bo przysłużą się 2-3% pracowników, a inne są niezbędne, bo choć droższe, skorzysta z nich 80%?
O tym jak wygląda podejście do kwestii płci (ogólnie, nie tylko w tej firmie) widać we wszystkich wywiadach - mimo, że firma jest przyjazna kobietom… Kroplą jest wypowiedź rzeczniczki, (nomen omen ona też nie wie ile kobiet pracuje w firmie), która podkreśla, że w jej dziale pracuje 8 kobiet na 10, ale… szefuje im mężczyzna.