31
Na blogu Krystyny Jandy przeczytałam krótki wpis: Dziś zaczęłam w łazience trzymać okulary do czytania napisów na kremach. No to koniec. Janda jest co prawda o pokolenie ode mnie starsza, ale pomyślałam sobie od razu, ciekawe, kiedy i ja zacznę z lupą w ręku czytać napisy na pojemnikach z kosmetykami. Wprawdzie póki co moja krótkowzroczność się zatrzymała - w sensie, że nie lecą mi już dioptrie, ale coraz większy kłopot mam z akomodacją, i gdy na przykład w niedzielny wieczór jednym okiem robię sobie manikiurę, a drugim oglądam mój ulubiony odmóżdżacz z panią Kasią Skrzynecką w roli Naczelnej Idiotki TVN, czyli Taniec z gwiazdami , to obserwuję duże problemy z dostosowaniem ostrości widzenia do zmian ogniskowej: jednym słowem wysiada mi autofokus.
Nie oszczędza mnie też moje dziecko. Mamusiu jak ty pięknie wygjądaś , mówi Maks kotłując mi włosy na głowie i doprowadzając je do stanu á la Edward Nożycoręki. Potem myjemy wspólnie zęby, jego zęby, ale razem, co polega na tym, że moja prawa ręka trzyma jego prawą rączkę i szorujemy wspólnie garnitur Maksiowych ząbków, i w takim położeniu Maks ma tuż przed nosem mój prawy nadgarstek i widok na sinawą deltę żył łączących przedramię z dłonią. Fuj, nie lubię tych ził - mówi moje dziecko. Ale ty masz takie same, zobacz - i pokazuję mu cieniutkie blade niteczki tuż pod skórą jego nadgarstków. Ale ty maś duzie . No bo jestem duża, jak ty będziesz duży, też będziesz takie miał, a może nawet większe . A jak ty będzieś mała mamusiu, to pojdzieś do psiećkola? Nie kochanie, ja już nie będę mała. Ja już będę tylko coraz starsza.
Poranki to tradycyjne nieprzyjemne zesztywnienie kości i mięśni. Przez otwarte okno dachowe w naszej sypialni wpada wilgotne jesienne powietrze razem z granatowym światłem świtu. Nie ma dnia, aby nie przemknęło mi wówczas przez zaspaną głowę, jak cudownie byłoby teraz wyjść w ten chłód, w ten zapach liści i mokrej ziemi, w tę ciszę przed świtem na warszawskim osiedlu, i potruchtać do parku, pooddychać głęboko, przewentylować się po nocy. Jednak nie robię tego, bo sen, półsen, ćwierćsen - tuż przed dzwonkiem budzika - trzyma mnie mocno, każda dodatkowa minuta pod ciepłą kołdrą staje się bezcenna, ostatnie senne wątki przesuwają mi się przed oczami, równocześnie odpalam pamięć wraz z kalendarzem na dany dzień i już wiem, co mnie czeka w pracy, i przez to wszystko natychmiast zapominam o tej pierwszej, pierwotnej myśli: wstań, pobiegaj . A potem już codzienna rutyna. I dzień się kończy.
W najnowszym numerze Biegania czytam o biegaczce startującej w zawodach w kategorii K-70, co oznacza, że bohaterka artykułu ma ponad 70 lat. Ze zdjęcia ilustrującego tekst patrzy na mnie najwyżej pięćdziesięcio-sześćdziesięciolatka o szczupłej figurze i wesołych oczach. Jest to naprawdę przygnębiające: nie tylko to, że ona tak świetnie wygląda w wieku dość już zaawansowanym, ale również fakt, że robi tygodniowo cztery treningi o zróżnicowanym kilometrażu, łącznie z biegiem długim do 17 km, a ja, ja - trzydziestopięciolatka, nie jestem w stanie wyjść nawet na jeden półgodzinny emerycki truchcik. Trzy pary butów stoją w szafie, jedna para, super wypasione najnowsze Kayano, nawet nie rozdziewiczona. I marnym pocieszeniem jest dla mnie fakt, że nie tylko ja mam z tym wszystkim problem: wymieniłyśmy wczoraj maile z moją serdeczną koleżanką z tras biegowych, pracującą matką trójki dzieci, i okazało się, że ona też nie biega i że wpędza ją to w nastrój, oględnie mówiąc, nieciekawy.
Z wiekiem coś się rzeczywiście zmienia. Jeszcze pięć lat temu wieczorami mnie nosiło, latałam jak nakręcona, wiecznie zajęta bezdzietna mężatka, która szukała sobie dodatkowych zajęć, dowolnie atrakcyjnych wypełniaczy czasu. Dzisiaj, gdy nareszcie przychodzi ta cudna pora, że mam czas dla siebie, najprzyjemniej jest wówczas zalec na kanapie z książką, ale nawet i to robię przecież na pół gwizdka, trzydzieści stron i koniec, oczy mi się kleją, wątki gubią, przestaję rozumieć, co czytam, czasami - o młodej godzinie, dziewiątej, dziesiątej - przytulona do otwartej książki zasypiam snem kamiennym.
Albo taki obrazek. Dwudziesta pierwsza, w mieszkaniu cisza, wszystko powyłączane, dziecko śpi. Siedzimy przy pustym stole w piżamach, Piotr i ja. Ziewamy jedno przez drugie. Rozmowa się nie klei. Ale z nas dziadki , zauważam w przerwie między kolejnymi ziewnięciami. Gdzie te dawne szaleństwa, wieczorne wyjścia, puby, kina, spacery, serca porywy? Gdzie te zacne butelczyny z czerwonym winem, które wspólnie opróżnialiśmy siedząc długo w noc? Czy czeka mnie w życiu coś jeszcze, czy już tylko ciepłe kapcie i kubek mleka z miodem?
A lustereczko bezlitośnie: Moja droga, mówię przecie: tyś nienajpiękniejsza w świecie.